Wpisany przez Przemek    środa, 10 czerwca 2015 21:12
Rzeźnia 2015 Bieszczady

Od 6 czerwca 2015 minęło już kilka dobrych tygodni. Emocje zdążyły opaść. Było nie było, bieg górski na dystansie 28 km z przewyższeniami 1100m może je wzbudzić. Dzięki upływowi czasu relacja będzie bardziej rzeczowa.

I tak. Mięsień naderwałem pierwszej nocy po przyjeździe do wsi Smolnik w Bieszczadach, gdzie zakwaterowaliśmy się na cały tydzień trwania Rzeźnickiego Festiwalu Biegowego. Strzeliło mi coś w nodze w czasie pchania samochodu Wojtka pod górę do schroniska, pod którą nie mogliśmy wjechać ze względu na jakość drogi, ciemność i rosę. Nieświadomy, czym takie naderwanie może się objawiać, do samego końca pobytu w Bieszczadach, czyli kolejne 4 dni, zastanawiałem się skąd rosnący na udzie z dnia na dzień siniak. Przez 4 dni, od rozmiaru przepiórczego jajka urósł do rozmiarów jaja mamuta, pokrywają całą tylną powierzchnię uda od pachwiny do kolana. Bolało, oczywiście, ale gdybym się do tego przyznał swojej małżonce, najprawdopodobniej dostałbym ban'a nie tylko na bieg, ale także na wycieczki po górach, których przy okazji odbyliśmy całkiem sporo. Co się rzeczywiście stało, odkryłem dopiero w googlach, po ukończeniu biegu Rzeźniczka, kiedy to czułem, że noga mało mi się nie urwała, a po przekroczeniu mety, krwiak sięgał już łydki. Cóż, przynajmniej jest na co zrzucić słaby wynik :)

W Bieszczady udaliśmy się kilku powodów. Po pierwsze, odwiedzić z Martą stare śmiecie i poszwędać się po Połoninach, w końcu po raz ostatni byliśmy tutaj SAMI(!) jakieś 20 lat temu. Po drugie, zapoznać się z bliska z biegiem Rzeźnika, na którego to nie mieliśmy dość szczęścia, żeby się dostać poprzez losowanie. Po trzecie, pokibicować Wojtkowi, który dostał się na bieg Rzeźnika i miał biec jego wersję Hard Core (100km). A przy okazji jak już tam byliśmy, na otarcie łez postanowiłem pobiec w biegu pocieszenia, jakim jest Rzeźniczek.

W sumie więc zespołowo obsadziliśmy większość biegów, Wojtek - Rzeźnika, ja - Rzeźniczka, Janek i Staszek - Rzeźniczątko.

Wojtkowi i Sławkowi - hard core-owcom, towarzyszyliśmy w zasadzie na całej trasie, przenosząc się z przepaku na przepak, wędrując szlakami i przy okazji zdobywając kolejny szczyt z Korony Gór Polski - Tarnicę. Chłopaki dzielnie biegli i dobiegli do mety na 100km z czasem 15 godzin i 10 minut, zajmując 13 miejsce. Oczywiście, w dobrym stanie psychicznym i zdrowiu. Szacun!.

Janek ze Staszkiem stanęli w szranki na krótszym dystansie, ale także górskim biegu Rzeźniczątko, który to Janek wygrał w cuglach.

Mi po Rzeźniczku, którego przebiegłem w czasie około 3h 34min został mały niedostyt, chociaż nie wiem, czy nie dobrze się stało, że organizatorzy niechcący dali mi jeszcze czas do następnego roku, aby przygotować się do biegu głównego. 1/3 marzenia już się spełniło. 100% marzenia być może spełni się za rok, o ile będę miał więcej szczęścia w losowaniu. Tuż po biegu myślałem sobie, że chyba przekwalifikuję się na biegi górskie. W trakcie biegu bywało różnie. Wizje tego, czy biegać biegi górskie, czy nie, zmieniały się w zależności od tego, czy byłem na początku podbiegu, czy na jego szczycie. Ciężko, przyjemnie i ten upragniony widok mety i... piwa marki Rzeźnik :)

W ramach dzielenia się dobrymi miejscówkami, możemy polecić Schronisko nad Smolnikiem, gdzie trafiliśmy trochę niechcący. Miejsce przepiękne, klimatyczne, chociaż można zerwać sobie mięsień podjeżdżając do niego samochodem. Jednocześnie jest to najwyżej położone lądowisko w Polsce.

No i testowaliśmy nowy sprzęt foto, który został wyłoniony w ramach szeroko zakrojonych konsultacji społecznych, wyniki tutaj:

Bieg Rzeźnika


Bieg Rzeźniczek

 

Bieg dla dzieci Rzeźniczątko

 

Schronisko nad Smolnikiem

 

Wycieczki

comments

 

e-Przemek na Fejsie Zapraszamy stronę na Facebook'u